poniedziałek, 5 września 2011

Koniec Wakacji

Witajcie po dłuższej przerwie spowodowanej wypadem na Audioriver, długim dochodzeniem do siebie po tej imprezie, oraz rzadszym bywaniem w domu niż dotychczas. Po prostu sierpień był miesiącem odpoczynku, także wybaczcie mi mój miesięczny zastój. Wracam jednak ze zdwojonymi siłami. Nie przewiduję kolejnych tak długich przerw. Oczywiście na MassiveTunez nie mogło zabraknąć obszernej relacji z Audioriver. Mam tak wiele do pokazania i do opisania, że moją relację podzielę na kilka części. Dziś zaczniemy od wstępu


Wystartowaliśmy oczywiście z opóźnieniem. Jako jedyny byłem punktualny, jeszcze co niektórym zachciało się postoju po drodze. Zero profesjonalizmu, zero!! :D No cóż tak naprawdę to mało istotne, gdyż kłopoty czekały na nas w samym Płocku.
Zaczęło się od niemiłej niespodzianki na miejscu naszego ubiegłorocznego noclegu. W tamtym roku wycwaniliśmy się i rozbiliśmy się na dziko na samej skarpie bezpośrednio nad festiwalową plażą, mając za sąsiadów niezapomnianych holendrów z campera. Miejscówka była idealna. Blisko na plażę, blisko na festiwalowy rynek na płockiej starówce i w dodatku za darmochę. Niestety w tym roku nie było nam dane skorzystać z uroków tego uroczego miejsca, gdyż cały teren ogrodzono taśmami, a dodatkowo dostępu bronili strażnicy miejscy. Jeden z nich grzecznie nas powiadomił, że nie mamy czego tutaj szukać i musimy znaleźć sobie inne miejsce. Nie pozostało nam nic innego jak zjechać w dół, w stronę pola namiotowego.
Oczywiście nie mogliśmy się spodziewać niczego innego, niż niesamowitego ścisku, setek samochodów i tysięcy uczestników festiwalu. Ruszyliśmy na poszukiwanie miejsca, jak najbliżej położonego od terenu festiwalu. Ostatecznie po bojach i udawaniu pracowników pola namiotowego, udało nam się stanąć w krzakach, zakopując przy okazji auto w piachu. Odkopywaniem bolidu postanowiliśmy zająć się w niedzielę. Namiotu też nie rozbijaliśmy, gdyż nauczeni doświadczeniem z poprzednich lat wiedzieliśmy, iż rozbijanie namiotu po wielogodzinnych pląsach, w dodatku będąc zdrowo nawalonym jest dziecinnie proste.
Naszykowaliśmy się, gdyż nie byliśmy pewni czy tego dnia wrócimy jeszcze do samochodu i ruszyliśmy zwiedzać festiwalowe wydarzenia uzbrojeni w butelki z piwem. Ale zanim na dobre mieliśmy zacząć rozkoszować się festiwalem, postanowiliśmy się zaobrączkować. I tu  niestety spotkała nas druga niemiła zmiana. W sposób znaczny schamiała ochrona festiwalu. Chcieliśmy przejść przez bramkę, wymienić karnety na obrączki i ruszyć w miasto gdyż godzina jeszcze wczesna, jednak mimo usilnych tłumaczeń nie wpuszczono nas. Mało tego jeden z nas został cofnięty tylko z powodu lustrzanki. Po trudach i znojach, zaobrączkowani i zdrowo podkurwieni, ruszyliśmy kamiennymi schodami (nazywam je ścianą płaczu) w górę skarpy.
Musieliśmy jakoś poprawić sobie humor i z tego też powodu wylądowaliśmy przed monopolem. Należy nadmienić, iż płockie sklepy w czasie Audioriver wyraźnie nie wyrabiają z obsługą klientów, dlatego też są oni wpuszczani do środka partiami. Niezbyt wygodne, ale trzeba się do tego po prostu przyzwyczaić. W planach było kilka piwek, ale Filipowi szatan szepnął do ucha diabelskie słowo "miętówka". Zaopatrzyliśmy się w odpowiedni asortyment i poszliśmy na nasze stałe miejsce (murek na skarpie) z którego mogliśmy podziwiać przepiękne widoki, nasłuchiwać prób przed nocnymi występami i obserwować ludzi przechadzających się deptakiem wzdłuż skarpy. Jest to również miejsce, w którym masz 100% pewność, że ktoś podejdzie i zagada. Tak też było i tym razem. Dosiadł się do nas pewien młodzieniec z Dąbrowy Górniczej, najebany jak biszkopt. Ubaw był niesamowity. Nie zapomnę chwili, gdy spacerujący deptakiem typek w bardzo dobrym nastroju, popatrzył na nas i krzyknął: "Ooooo to jest ekipa, która wie co chcę usłyszeć" i wskazał na nas rękami oczekując odzewu. Cała okolica usłyszała "ch*% Ci w dupę!!", które wykrzyczał nasz nowo poznany kolega z południa. Zanosiliśmy się ze śmiechu gdy próbował wytłumaczyć przez telefon gdzie się w danej chwili znajduje. O dziwo po wskazówce "siedzę na murku...przed sobą mam komin" został odnaleziony. Pożegnaliśmy się z naszym śląskim towarzyszem, wróciliśmy jeszcze do sklepu i pokręciliśmy się jeszcze po starówce chłonąc klimat tego fantastycznego eventu, szykując się na pierwsze sety tegorocznej edycji...

Co się działo pierwszej oraz drugiej nocy festiwalu, dowiecie się z kolejnych moich relacji, a teraz czas na małą porcję muzyki.
Zaczniemy z przytupem. A jakże! Trzeba Was troszkę ruszyć po miesiącu odpoczynku. Przed Wami niesamowicie energetyczny utwór "Cops!" od holendrów z Mightyfools. To pierwsza wizyta tego szalonego duetu na moim blogu, ale zapewniam Was, że nie ostatnia. Mam nadzieję, ze Wy też zakochacie się w ich szalonym, bezkompromisowym graniu. Przygotujcie się na ostre uderzenie, gdyż "Cops!" to prawdziwy niszczyciel parkietów. SICK TUUNE!
Dla kontrastu wrzucam coś z zupełnie innej beczki, "Lotus Flower" autorstwa Radiohead. Nadal nie mogę się zebrać do przesłuchania w całości nowego krążka "The King Of Limbs" (niedługo zamierzam to jednak zrobić), jednak bardzo polubiłem ten track. W sumie ja łykam wszystko co nagrają. Po prostu ten zespół idealnie trafia w moje upodobania. "Lotus Flower" jest świetny zarówno muzycznie jak i tekstowo. Charakterystyczny dla brytyjczyków klimat, świetna linia basu oraz wokal,  a do tego groove. Ten utwór, co mnie bardzo zaskoczyło, niesamowicie buja. Co ja tu się będę rozpisywał. Thom Yorke wielkim artystą jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz