niedziela, 22 maja 2011

Burzowo

No cóż wiosna na całego. Temperatura podskoczyła. Przyszły do nas pierwsze wiosenne burze i ulewy. Najwyższy czas zaplanować sobie wypady na letnie eventy. Karnet na Orange Warsaw Festival kupiony, także trzeba kombinować jakiś nocleg w stolicy. W następnym tygodniu trzeba zakupić również karnecik na Audioriver, bo tam po prostu trzeba być. a co jeszcze? Trzeba się będzie zastanowić.
Jak zwykle w niedzielę zaczynamy o recenzji płyty. Dziś bierzemy na tapetę "Heligoland" Massive Attack.

Massive Attack - Heligoland



Massive Attack to dla mnie jeden z najwybitniejszych muzycznych projektów w historii muzyki. W dużej mierze to właśnie Robert Del Naja i Grant Marshall ukształtowali mój gust muzyczny. Płytę „Mezzanine” uważam za najlepszą, jaką dane mi było posłuchać. Dlatego zrozumiałym było, że przed zapoznaniem się z „Heligoland” towarzyszyło mi wiele wątpliwości. Zabierałem się do tego krążka jak lis do jeżą :D. W głowie kłębiły mi się myśli, że może lepiej nie tykać tego wydawnictwa. Bałem się po prostu, że zburzy moje wyobrażenie o wielkości Massive Attack. Po pierwszym przesłuchaniu wszelkie wątpliwości uleciały.
3D i Daddy G nigdy nie należeli do studyjnych pracusiów. Materiał na poszczególne płyty powstawał zawsze starannie i długo, a one same pojawiały się średnio co cztery lata. Na „Heligoland” trzeba było czekać szczególnie długo, gdyż od wydania „100th Window” upłynęło aż siedem lat. Pomyślałem sobie, że po tak długim czasie, może wyjść albo coś naprawdę wyjątkowego, bądź też coś bardzo kiepskiego. Nie przewidywałem trzeciej możliwości. Nie pomyliłem się. „Heligoland” jest najlepszym po „Mezzanine” krążkiem zespołu.
Wyznacznikiem muzyki Massive Attack jest niepowtarzalny nastrój jaki umieją wytworzyć w swoich utworach. Lęk, niepewność, tęsknota, smutek i wielkie pokłady muzycznej psychozy – to uczucia jakie towarzyszyć Wam będą w czasie obcowania z ostatnim wydawnictwem bristolczyków. „Heligoland” jest płytą bardziej stonowaną (muzycznie, nie emocjonalnie) od poprzedników. Nadal mamy naszpikowaną emocjami, mroczną, duszną, depresyjną atmosferę jednak uzyskaną troszkę innymi środkami. Jest jakby ciszej, bardziej delikatnie. Muszę powiedzieć, że bardzo mi się taka zmiana podoba.
Jednak to cały czas, stare dobre Massive Attack. Na szczęście panowie zbytnio nie eksperymentowali. Nie zmienia się w końcu tego co dobre. Del Naja nadal posiada wielkie pokłady talentu, tworząc z prostych środków naprawdę niezapomniane kompozycje. Już na początek dostajemy wyjątkowy „Pray For Rain” który wprowadza nas w magiczny świat panów z Bristolu. To jedna z najlepszych kompozycji na płycie. Później jednak wcale nie jest gorzej. Zakochałem się w jedynym w swoim rodzaju „Split The Atom”. Dałem się ponieść chyba najdynamiczniejszemu na krążku „Girl I Love You”. Zostałem powykręcany we wszystkie strony przez syntetyczny „Flat Of The Blade”, a przepiękny „Paradise Circus” wycisnął mi łzy z oczu. Zostałem zahipnotyzowany przez „Rush Minute” i poruszony przez przepięknie wyśpiewane przez Damona Albarna „Saturday Come Slow”. Całość zwieńczona jest mrocznym „Altas Air”, będącym idealnym zakończeniem. Na tej płycie po prostu nie ma złych i niepotrzebnych utworów. Wszystko jest po coś.
„Heligoland” to nie tylko świetne kompozycje, ale i fantastyczne wokale. Wspomniałem już Damona Albarna, ale świetnych głosów jest tutaj więcej. Wymienić należy Tunde Adebimpe w otwierającym płytę „Pray For Rain”. Jego głosu nie można zapomnieć. Jest oczywiście jak zawsze świetny Horace Andy będący stałym współpracownikiem bristolczyków,  Martina Topley-Bird, znana z płyt Trickiego, czy Guy Harvey z Elbow. Na koniec zostawiłem sobie Hope Sandoval, bez której „Paradise Circus” nie byłby tak świetnym utworem.
Nowa płyta Massive Attack to wielowymiarowe dzieło, które przysparza słuchaczowi naprawdę wiele satysfakcji przy przedzieraniu się do jej głębszych warstw. Każdy z utworów to osobne arcydzieło, a razem tworzą niesłychanie dojrzałą, przemyślaną i po prostu piękną całość.


Pozostajemy w raczej nie wesołych klimatach. Jakoś te czarne chmury na niebie mnie tak nastroiły. Tydzień temu gorąco polecałem płytę Breakage. To naprawdę rewelacyjne wydawnictwo. Wrócimy sobie dzisiaj do niego. Chcę zaprezentować utwór "Justified" będący jednym z tracków promujących całą płytę "Foundation". Jeżeli nie namówiłem Was zeszłotygodniowym tekstem do zapoznania się z nią, to z pewnością zrobi to ten utwór. Deep Tuuune.
P.S. Uwaga! Pulsujący bas może spowodować napad epileptyczny, lub inne skutki uboczne. Co wrażliwsi niech nie przesadzają z niskimi tonami ;).




...Z kącika zdartej płyty

Dziś wracamy do jednego z największych klasyków muzyki Drum'n'Bass. Chcę Wam przedstawić prawdziwą ikonę lat 90-tych. Przed Wami Rupert Parkes znany fanom połamanych brzmień jako Photek. Jest to muzyk który swoimi płytami "Modus Operandi" i "Form & Function" wytyczał ścieżki innym producentom. Wytworzył swój niepowtarzalny styl, oparty nie tylko na junglowym fundamencie, ale również inspirowany muzyką jazzową oraz klasycznym Techno i Ambientem.
Parkes jest wzorem budowania w swojej muzyce niesamowitego nastroju, który niezwykle sugestywnie oddziałuje na słuchaczy. Świetnym tego przykładem jest track, który zaprezentuję dzisiaj. "Ni Ten Ichi Ryu (Two Swords Technique)" to utwór od którego zaczynałem przygodę z muzyką Drum'n'Bass. Do dzisiaj uważany jest za jedno z najwybitniejszych nagrań w historii muzyki elektronicznej. Nie sposób się z tym nie zgodzić. To prawdziwe arcydzieło, z którym trzeba się zapoznać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz