poniedziałek, 19 grudnia 2011

Junglowe Pastorałki

Uff!! Jakże intensywny weekend za mną. Niestety nie udało mi się kupić prezentów, więc czekają mnie zakupy "last minute", ale to też ma swój urok prawda? Ogólnie, bożonarodzeniowy nastrój mną owładnął. Mam zamiar katować się świątecznymi filmami z nieśmiertelnym "Witaj, Święty Mikołaju" na czele. Ubiorę choinkę, posłucham świątecznych piosenek w wykonaniu Franka Sinatry, Nat King Cole'a, Binga Crosby czy Deana Martina, pobiegam po sklepach w środę i w piątek. Może nawet coś upiekę. Mój nastrój świąteczny i wyczekiwanie na Wigilię są tym bardziej uzasadnione, ponieważ od piątku włącznie zaczynam dłuuugi urlop. Człowiek w końcu wypocznie jak należy.
Dziś mam dla Was recenzję jakże świątecznej płyty. Wręcz pachnącej grzybami i sernikiem. To wręcz wymarzony album na nadchodzące dni.

Original Sin - Grow Your Wings


Jak się domyślacie, nie pisałem serio odnośnie bożonarodzeniowego klimatu, tej płyty. Ze świętami nie ma ona nic spólnego, ale w ostatnim czasie na tyle skutecznie umila mi czas, iż właściwie się z nią nie rozstaję, katując ją do upadłego.
Zacznijmy jednak od autora tegoż krążka. Adam Tindall to niekwestionowana gwiazda dzisiejszej sceny Drum'n'Bass. Swój talent szlifował w duecie G-Dub, który w bardzo krótkim czasie stał się niezwykle znaczący na połamanej scenie. Dziś Generation Dub to już przeszłość a Tindall postanowił samotnie wypłynąć na wzburzone, breakowe morze jako Original Sin.
Trudno dzisiaj znaleźć bardziej płodnego muzyka na drumowej scenie. Od czterech lat Tindall zasypuje kluby kolejnymi świetnymi trackami. Nie stroni również od remiksowania cudzych nagrań. Ma na koncie remiksy takich muzyków jak Clipz, Rufige Kru, Ebony Dubsters, J Majik & Wickaman, D* Minds, Sigma, Twisted individual czy Rusko. Osoba Adama Tindalla przede wszystkim kojarzyła mi się z niezwykle energetycznymi setami oraz ostrymi, jump upowymi nagraniami, które masakrują wszystko na swojej drodze. Tego też można było się spodziewać po debiutanckim krążku Original Sin. Jak się okazało, słuchacze dostali o wiele więcej.
Faktycznie na płycie przeważają uderzające z chirurgiczną precyzją, gęste beaty oraz bass urywający głowy ("Bastard Killer", "Therapy", "R Bass"). Jednak "Grow Your Wings" to również fantastyczna podróż do korzeni szybkich, połamanych beatów. Chociażby taki "Kiss", brzmi jak utwór nagrany w połowie lat 90-tych. Delikatny, zwiewny, pełen jazzowych zagrywek, oparty na junglowym beacie. Takich smaczków na albumie jest o wiele więcej. Praktycznie w co drugim utworze, znaleźć można elementy odnoszące się do klasyki gatunku. Nie znaczy to, że płyta jest anachroniczna. Środki wyrazu, odnoszące się do lat 90-tych są stosowane celowo, z pełnym rozmysłem i tylko urozmaicają brzmieniowo całą płytę. Na "Grow Your Wings" jest również niezwykle świeżo, ponieważ Tindall sięga po bardzo teraz popularny Drumstep ("Without You", "Step On") i wychodzi mu to świetnie. Anglik wie również, że ponad godzinna płyta złożona z samych wymiataczy byłaby przesadzona, zbyt monotonna i najzwyczajniej w świecie nudna. Dlatego też na krążku pojawiają się kompozycje o wiele lżejsze od większości (wcześniej wspomniany "Kiss", "Promise Me" czy zamykajacy płytę "3000 Miles). Nie są to bynajmniej albumowe zapychacze, lecz naprawdę świetne kompozycje.
Reasumując dostajemy niezwykle ciekawą, opartą na kilku charakterystycznych elementach, ale mimo to bardzo urozmaiconą płytę, z jednej strony bardzo nowoczesną, z drugiej stanowiącą wspaniały hołd dla klasycznych, połamanych rytmów. Nieprzerwanie towarzyszyła mi przez ostatni tydzień i nadal nie mam zamiaru wyrzucać jej z mojego playera. Myślę, że wielu z Was również z ochotą jej posłucha.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz