No i wrócił cały i zdrowy...no może z obolałymi nogami. Ale warto było okupić wyjazd do stolycy, kilkoma odciskami i dającymi o sobie znać stawami. Postaram się to wszystko usystematyzować i w miarę jasno Wam zrelacjonować.
Stadion Legii
Pierwszy raz miałem przyjemność uczestniczenia w koncertach odbywających się w tak ograniczonym i zamkniętym miejscu jak stadion piłkarski. Byłem pełen obaw co do negatywnego wpływu tego faktu na moje samopoczucie. Okazało się w praniu, że bardzo dobrze się odnalazłem w nowym miejscu. Wszystko nowiutkie, czyściutkie. Ogólnie bez zarzutu, a kiedy zapadł zmrok i człowiek został otoczony ze wszystkich stron kolorowymi światłami, a ze sceny nacierały przepiękne dźwięki, zrobiło się naprawdę błogo.
Organizacja
Jak to w Polsce, wiele rzeczy kulało: ogromny ścisk na bramkach pierwszego dnia, bardzo mały teren festiwalowy poza stadionem, z mikroskopijną strefą gastro, do której nawet nie zamierzałem wchodzić, momentami kiepściutkie nagłośnienie (do ideału Audioriver daleeko), zwłaszcza na My Chemical Romance...ale może to i dobrze :D. Jak już się czepiam, to wspomnę o hostessach które miały roznosić wodę, a siedziały i fajki paliły. No ale wiadomo, że trzeba się liczyć z pewnymi trudnościami i niedociągnięciami. Tak to już jest na festiwalach. Zatem nie zrażający się zszedłem na płytę i czekałem na występy...
My Chemical Romance
No akurat na ich występ nie czekałem. Nie jestem fanem gimnazjalno-podstawówkowego pseudo Rocka, więc dla mnie w ogóle mogłoby ich nie być. Chociaż traktuję ich występ jako świetny element humorystyczny. Pękałem ze śmiechu, patrząc na rozhisteryzowane 10-15-letnie psychofanki z planszami z napisem "NANANA" :D. Trudno mi jest ocenić występ, gdyż po pierwsze nagłosnienie było tak fatalne, że nic nie słyszałem, a po drugie miałem to gdzieś.
Skunk Anansie
No i tutaj zaczęła się jazda. Koncert naprawdę na najwyższym poziomie, a Skin po prostu mnie uwiodła swoją charyzmą, głosem, czuciem muzyki i emocjami. Jest jedyna w swoim rodzaju. Bawiłem się świetnie, dostając co trochę w twarz kolejnymi gitarowymi blastami i perkusyjnymi seriami. Skin skakała, grała na gitarze, rzuciła się w publikę, a przede wszystkim rozdzierała powietrze swoim przeszywającym głosem. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest najlepszą współczesną wokalistką rockową. Przyjemność z usłyszenia na żywo "Charlie Big Potato" czy "I Can Dream" trudno opisać. Już po ich występie powiedziałem sobie, że warto było przyjechać. Skunk Anansie to po prostu fantastyczne kompozycje, rewelacyjny głos Skin i mnóstwo, mnóstwo energii.
...Na otarcie łez puśćmy sobie track, który zapewne wybrzmiał by w sobotnią noc.
...Z kącika zdartej płyty
Dzisiejszy oldschoolowy kącik nie mógłby być poświęcony komu innemu. Nadal jestem pod wielkim wrażeniem piątkowego występu Moby'ego. Od powrotu do domu, nic innego nie robię, jak tylko słucham jego nagrań. Posłuchajcie jakim utworem rozpoczęło się to niepowtarzalne widowisko...
Moby
Bałem się, że koncert wypełnią kompozycję z ostatniej płyty Moby'ego, które nie mają zbyt wielkiego potencjału koncertowego, więc przeszło mi przez myśl, że mogę się wynudzić. Jakże mała była moja wiara w geniusz tego wybitnego muzyka. Od razu mówię - TO BYŁ NAJLEPSZY WYSTĘP NA TYM FESTIWALU!! Przez półtorej godziny z małym hakiem, stałem z otwartymi ustami, zahipnotyzowany przez otaczające mnie dźwięki. Moby złożył przepiękny hołd kulturze Rave, której częścią był jako młody, początkujący producent/DJ. Sięgając po swoje najstarsze nagrania, z pierwszej połowy lat 90-tych, zrobił mi tak niesamowitą przyjemność, że będę wspominał ten koncert do końca życia. Jak niektórzy z Was wiedzą jestem wielkim miłośnikiem muzyki elektronicznej końca lat 80-tych i lat 90-tych jak i całej kultury Rave, żałując, że nie było mi dane uczestniczyć w tej muzycznej rewolucji. Dzięki Moby'emu przeniosłem się do roku '91, do opuszczonej fabryki na przedmieściach Londynu, czy też na leśną polanę niedaleko Bristolu. Wierzcie lub nie, ale było wiele momentów, w których miałem łzy w oczach. Cytując samego Moby'ego mogę tylko powiedzieć "dzikuje, dzikuje, dzikuje".Plan B
Ben Drew pokazał klasę, oraz skalę swoich możliwości. Jego koncert składał się jakby z dwóch części. Pierwsza spokojniejsza, funkowo/soulowa przepełniona takimi hitami jak "She Said", "Prayin", "Love Goes Down" czy moje ulubione "Recluse", będące delikatną zapowiedzią drugiej części...w której wyszło z niego uliczne zwierze. To co się działo na scenie z trudem mieści mi się w głowie. Panowie wrzucili nitro, fundując publice chociażby dubstepową wersję "Ain't No Sunshine" Billy Withersa. Nie zabrakło gitarowej miazgi, pogo na scenie, zajebistego beatboxu, a zwieńczeniem wszystkiego była niesamowita wersja "End Credits" Chase & Status, na którą liczyłem przez cały koncert. Fantastyczny występ.The Streets
Wiadomość o tym, że występ The Streets został odwołany, wprowadziła mnie sobotnim popołudniem w osłupienie. Pozbieranie się zajęło mi trochę czasu. W końcu przyjechałem na Orange przede wszystkim na występ Mike'a Skinnera. Być może była to ostatnia szansa aby zobaczyć go na żywo. W końcu zapowiedział, że jego najnowsza płyta "Computers And Blues", będzie ostatnią w jego dorobku. Zostaje tylko mieć nadzieję, że nie zakończy kariery i zawita do nas jeszcze :(.Jamiroquai
Przepyszny deser. Ten zespół to koncertowy samograj. Sposób w jaki, kierują tłumem, jest zaiste imponujący. Mimo, że nigdy nie byłem wielkim fanem ich grania (co nie znaczy, że nie lubiłem), to dałem się ponieść energii, jaką wydzielał Jay Kay z resztą zespołu. Jay zasługuje na szczególne wyrazy szacunku. Ten facet to prawdziwe sceniczne zwierze. Widać, że ten gość urodził się by śpiewać. Muzykę można dostrzec w każdym jego ruchu. Momentami przypominał mi dyrygenta który nie tylko kieruje zespołem, ale i tłumem zgromadzonym na stadionie Legii. Nie sposób było przejść obojętnie obok ich występu. Panowie zaserwowali porywający show kończąc mój niezwykle udany weekend w Warszawie.Słowo podsumowania
Orange Warsaw Festival idzie w dobrym kierunku. Rozwija się, ewoluuje. Widać, że organizatorzy szukają optymalnej formuły. Mimo, że nadal jest to impreza głównie dla zblazowanych, snobistycznych warszawiaków, to tegoroczna edycja była niezwykle udana pod względem muzycznym (nie licząc zbędnego My Chemical Romance i Sistars, robiących ze swojego powrotu żenującą szopkę...o muzycznych popierdułkach tvn-u nie wspominając). Zatem dostałem więcej niż myślałem i tylko The Streets szkoda......Na otarcie łez puśćmy sobie track, który zapewne wybrzmiał by w sobotnią noc.
...Z kącika zdartej płyty
Dzisiejszy oldschoolowy kącik nie mógłby być poświęcony komu innemu. Nadal jestem pod wielkim wrażeniem piątkowego występu Moby'ego. Od powrotu do domu, nic innego nie robię, jak tylko słucham jego nagrań. Posłuchajcie jakim utworem rozpoczęło się to niepowtarzalne widowisko...
...i jakim się zakończyło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz